Lanberry znamy z radia, streamingu i dużych telewizyjnych scen. Ale dopiero koncert pozwala sprawdzić, co zostaje z perfekcyjnie wyprodukowanego popu, kiedy pomiędzy artystką a słuchaczem nie ma już studia. W niedzielny wieczór zobaczyliśmy ją na żywo w Nowym Tomyślu. I zobaczyliśmy przede wszystkim wokalistkę, która na scenie czuje się bardzo swobodnie.

Lanberry, czyli Małgorzata Uściłowska, od lat zajmuje w polskim popie dość ciekawe miejsce. Jest wokalistką, ale również kompozytorką i autorką tekstów, współtworzącą własny repertuar oraz piosenki dla innych wykonawców.

To istotne, bo podczas koncertu nie patrzy się wyłącznie na osobę wykonującą kolejne piosenki. Widać artystkę, która rozumie konstrukcję popowego numeru, wie, gdzie zbudować napięcie i przede wszystkim potrafi utrzymać uwagę ludzi stojących pod sceną.

Lanberry zdecydowanie lubi scenę

W Nowym Tomyślu było to widać bardzo szybko.

Bez przesadnego dystansu, za to z dużą swobodą, uśmiechem i naturalnym kontaktem z publicznością. Lanberry nie sprawiała wrażenia artystki, która przyjechała tylko „zagrać swoje” i zniknąć za kulisami.

Była obecna w tym koncercie.

Reagowała na publiczność, pracowała ze sceną i pozwalała, żeby energia działała w obie strony. To właśnie takie elementy odróżniają zwykłe odegranie repertuaru od koncertu, który zaczyna mieć własny charakter.

Zresztą jej sceniczne oblicze nie jest przypadkiem – również materiały branżowe opisujące Lanberry zwracają uwagę na to, że występy na żywo są ważną częścią jej działalności.

Charakterystyczny głos robi swoje

Lanberry dysponuje głosem, który trudno pomylić z inną polską wokalistką.

I właśnie na żywo ta charakterystyczna barwa staje się szczególnie interesująca. Nie chodzi o popisywanie się możliwościami wokalnymi przy każdej możliwej okazji. Jej głos jest przede wszystkim elementem charakteru piosenki.

W połączeniu z zespołem daje to brzmienie wyraźnie bardziej koncertowe niż to, które słuchacz zna z playlist.

To jedna z największych zalet oglądania popowych artystów na żywo. Produkcyjna precyzja nagrania ustępuje miejsca energii konkretnego wieczoru, pracy muzyków i reakcji publiczności.

Warto spojrzeć również za mikrofon

Lanberry jest ciekawym przypadkiem także dlatego, że jej nazwisko ma znaczenie po obu stronach piosenki.

Nie tylko ją wykonuje, ale również pisze.

Ma doświadczenie zdobywane podczas międzynarodowych campów songwriterskich i współtworzyła repertuar innych wykonawców. Jej nazwisko znalazło się chociażby wśród autorów dwóch piosenek, które przyniosły Polsce zwycięstwa w Eurowizji Junior – nagrań Roksany Węgiel i Viki Gabor.

To pokazuje, że za pseudonimem Lanberry stoi nie tylko twarz polskiego mainstreamowego popu, ale również songwriterka, która zna ten gatunek od środka.

I może właśnie dlatego na scenie nie potrzebuje udowadniać, że jest kimś innym.

Pop bez kompleksów

Koncert w Nowym Tomyślu był przede wszystkim dobrym przykładem popu, który nie musi przepraszać za swoją przebojowość.

Melodia ma wpadać w ucho. Refren ma uruchamiać publiczność. Zespół ma dodać całości koncertowego pulsu, a wokalistka ma sprawić, żeby między sceną a ludźmi wydarzyło się coś więcej niż tylko poprawne wykonanie kolejnych numerów.

I tutaj ten mechanizm zadziałał.

Było energetycznie, kolorowo i bardzo naturalnie. Bez potrzeby przykrywania muzyki nadmiarem scenicznych dodatków.

Lanberry, mikrofon, zespół i ludzie przed sceną wystarczyli.

Z dużych scen do Nowego Tomyśla

Niedzielny koncert odbył się podczas finału Jarmarku Chmielo-Wikliniarskiego w Nowym Tomyślu, trzydniowego wydarzenia, którego tegoroczny program muzyczny był wyjątkowo szeroki gatunkowo. Przed Lanberry przez scenę przewinęli się m.in. Wilki, Łydka Grubasa, Skolim i Blacha 2115.

Dla nas nazwa wydarzenia jest jednak tym razem drugoplanowa.

Pojechaliśmy tam przede wszystkim na koncert.

I wracamy z niego z przekonaniem, że Lanberry warto oceniać nie tylko przez pryzmat radiowych rotacji, streamingowych liczb czy telewizyjnych występów.

Na scenie pokazuje inną stronę swojej muzycznej osobowości – bardziej bezpośrednią, swobodną i koncertową.

Nie potrzebowała wielkiego festiwalu ani telewizyjnej realizacji, żeby zrobić dobre show. Wystarczyła scena, zespół i publiczność gotowa wejść z nią w muzyczną grę.

I chyba właśnie za takie wieczory najbardziej lubimy muzykę na żywo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *