Krzysztof Zalewski na Great September w Łodzi nie pozwolił publiczności pozostać obojętną. Dynamika, potężna energia, dobre rockowe brzmienie i świetnie pracujący zespół – wszystko złożyło się na koncert, który od pierwszych chwil miał swoją temperaturę. Chwilę wcześniej Igor Herbut pozwalał nam się zatrzymać i złapać oddech. Zalewski uruchomił zupełnie inną energię. Dwa różne muzyczne światy i jeden festiwal, który właśnie dzięki takim kontrastom nabiera charakteru.

I chyba właśnie za to można polubić Great September.

Tutaj nie ma jednej muzycznej drogi, którą trzeba podążać przez cały festiwal. Jednego wieczoru można znaleźć się bardzo blisko artysty, wsłuchać w każde słowo i pozwolić sobie na chwilę refleksji, a niedługo później trafić w sam środek koncertu, który uruchamia zupełnie inne emocje.

Tak było w Łodzi.

Na MuzycznaPolska.pl pisaliśmy już o spotkaniu i koncercie Igora Herbuta. Było wyciszenie, refleksja i muzyka, która w całym festiwalowym pędzie pozwalała na moment się zatrzymać.

A później pojawił się Krzysztof Zalewski.

I temperatura wyraźnie poszła w górę.

Zalewski na pełnej mocy

Od pierwszych chwil koncert miał zupełnie inną dynamikę.

Była energia, ruch i bardzo dobre rockowe brzmienie, które na żywo nabierało jeszcze większej siły. Gitary miały odpowiedni ciężar, sekcja rytmiczna napędzała kolejne utwory, a Zalewski świetnie odnajdywał się w centrum tego muzycznego żywiołu.

To właśnie scena jest przestrzenią, w której jego muzyka dostaje dodatkową warstwę.

Zalewski nie potrzebuje długiego wprowadzenia. Wychodzi, zaczyna grać i bardzo szybko przejmuje uwagę ludzi stojących przed sceną.

Jest bezpośredniość, jest kontakt z publicznością, ale przede wszystkim jest dynamika, dzięki której koncert cały czas pozostaje w ruchu.

Nie ma wrażenia zwykłego odgrywania kolejnych utworów.

Ten koncert po prostu żyje.

Rockowa siła, dynamika i muzyczne detale

Energia energią, ale bez dobrego muzycznego fundamentu szybko stałaby się tylko scenicznym show.

U Zalewskiego wszystko miało swoje miejsce.

Mocniejsze partie miały odpowiedni ciężar, zespół świetnie kontrolował dynamikę, a kolejne aranżacje pozwalały muzyce raz konkretnie uderzyć, by za moment zrobić trochę przestrzeni.

Nad wszystkim charakterystyczny wokal Zalewskiego – momentami mocny i surowy, za chwilę bardziej melodyjny.

A kiedy wydawało się, że na scenie energii jest już wystarczająco dużo, swoje dokładał również towarzyszący Zalewskiemu chórek.

I zdecydowanie nie zamierzał grzecznie stać w tle.

Była dynamika, ruch, emocje i wyraźna radość z tego, co działo się na scenie. Wokalnie chórek dobrze poszerzał aranżacje, a wizualnie i energetycznie jeszcze bardziej podkręcał koncert w odpowiednich momentach.

Zalewski dawał ogień, zespół trzymał rockowy ciężar, a chórek dorzucał swoją porcję energii.

Bez przesady, bez odbierania pierwszego planu – ale dokładnie tam, gdzie było trzeba.

I właśnie takie szczegóły powodują, że koncert nie jest prostym przeniesieniem studyjnych nagrań na scenę.

To było żywe, pełne i bardzo dobrze poukładane rockowe granie.

„Zgłowy” – materiał stworzony także dla sceny

Ważnym punktem obecnego muzycznego etapu Krzysztofa Zalewskiego pozostaje album „Zgłowy”. To właśnie przez pryzmat tego materiału organizatorzy Great September zapowiadali łódzki koncert.

Sam Zalewski mówił o płycie, że tak naprawdę zabrzmi dopiero podczas koncertów.

I w Łodzi łatwo było zrozumieć, co miał na myśli.

Na żywo muzyka zaczyna pracować razem z reakcjami publiczności, światłem, zespołem i energią samego Zalewskiego.

Rockowa podstawa daje siłę. Zespół pilnuje dynamiki. Aranżacje pozostawiają przestrzeń zarówno na mocniejsze uderzenie, jak i bardziej melodyjne momenty.

A Zalewski?

Spina to wszystko własną sceniczną energią.

Nie stoisz obok. Wchodzisz w ten koncert

To chyba jedna z największych sił koncertowego Zalewskiego.

Trudno stać z boku i traktować jego występ jak kolejny punkt festiwalowego programu do odhaczenia.

Tutaj trzeba wejść.

W energię. W brzmienie. W tłum.

Zalewski ma w sobie coś z koncertowego wodzireja. Potrafi przejąć uwagę publiczności, a później prowadzić ją przez kolejne fragmenty występu.

Widać doświadczenie człowieka, który zagrał już mnóstwo koncertów, ale jednocześnie nie czuć rutyny.

Jest za to głód sceny, rockowa energia i zwyczajna radość z grania.

A takie rzeczy publiczność wyczuwa bardzo szybko.

Nieprzypadkowo także inne relacje z tegorocznego Great September zwracały uwagę właśnie na ogromną energię Zalewskiego i jego świetny kontakt z publicznością.

Herbut zatrzymał. Zalewski uruchomił inną energię

I tutaj wracamy do tego, co podczas Great September zaczyna być szczególnie ciekawe.

Kilka godzin. Jedno miasto. Jeden festiwal.

A muzycznie – dwa zupełnie różne światy.

Igor Herbut pozwolił nam na chwilę się zatrzymać. Krzysztof Zalewski uruchomił zupełnie inną energię.

Jeden koncert dawał przestrzeń do złapania oddechu i pozostania przez moment sam na sam z własnymi myślami.

Drugi otaczał rockowym brzmieniem, rytmem, energią zespołu i charakterystycznym wokalem Zalewskiego.

I właśnie o to chodzi.

Nie o wybieranie, który z tych światów jest lepszy.

Najciekawsze jest to, że podczas jednego festiwalu możemy potrzebować obu.

Czasem chcemy od muzyki, żeby pozwoliła nam zwolnić.

A czasem przychodzimy pod scenę właśnie po to, żeby przez godzinę nie myśleć o niczym innym.

I właśnie taki jest Great September

Koncert Zalewskiego był kolejnym dowodem na to, że Great September trudno zamknąć w jednej muzycznej szufladzie.

Uznane nazwiska spotykają się tutaj z artystami, którzy dopiero walczą o szerszą publiczność. Kameralne, intymne występy funkcjonują obok koncertów pełnych rockowej energii. Czasem wystarczy przejść kawałek przez Łódź, żeby znaleźć się w kompletnie innym muzycznym świecie.

I właśnie dlatego do Great September na MuzycznaPolska.pl będziemy jeszcze wracać.

Bo historia tego festiwalu nie kończy się ani na refleksyjności Herbuta, ani na rockowym żywiole Zalewskiego.

To dopiero kolejne fragmenty znacznie większej muzycznej układanki.

Herbut pozwolił nam zwolnić.

Zalewski odpowiedział dynamiką, rockowym brzmieniem i sceniczną energią – a tej ostatniej zdecydowanie nie brakowało również towarzyszącemu mu chórkowi.

Dwa koncerty. Dwa kompletnie różne doświadczenia.

Igor Herbut zatrzymał Łódź. Czasem trzeba przestać biec, żeby usłyszeć więcej [ZDJĘCIA, FILM]

 

A pomiędzy nimi Łódź, kolejne sceny, kolejni artyści i muzyka, która za każdym rogiem potrafiła opowiedzieć zupełnie inną historię.

Great September grał dalej.

My również idziemy dalej.

Bo z Łodzi mamy jeszcze kilka muzycznych historii do opowiedzenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *