Great September potrafi zaskakiwać i właśnie na tym polega jego siła. Julia Wieniawa w Teatr Club w Łodzi pokazała koncertowo swoją coraz wyraźniej określoną muzyczną stronę. Były starsze utwory, były najnowsze propozycje, energia, mocny współczesny pop i przede wszystkim pewność artystki, która wydaje się dokładnie wiedzieć, czego chce. I robi to świadomie – momentami wręcz z premedytacją.
Po Igorze Herbutcie zostało wyciszenie i chwila na złapanie oddechu. Krzysztof Zalewski odpowiedział rockową energią, mocnym brzmieniem i koncertowym żywiołem. Później Great September po raz kolejny zmienił kierunek – tym razem w stronę Julii Wieniawy. I przyznajmy od razu: było to bardzo pozytywne zaskoczenie.
Wieniawa nie musi już udowadniać, że śpiewa
Przez lata przy nazwisku Julii Wieniawy muzyka funkcjonowała obok aktorstwa, filmu, telewizji czy ogromnej obecności w mediach społecznościowych. Kiedy jednak staje przed festiwalową publicznością, wszystkie te określenia tracą na znaczeniu. Zostaje scena, muzyka i pytanie, czy artystka potrafi zbudować wokół nich własny świat.
Na Great September Wieniawa pokazała, że ten świat jest coraz bardziej świadomy i wyraźnie określony. Koncert nie sprawiał wrażenia przypadkowego zestawu piosenek opakowanych w efektowne show. Był pomysł, była energia i przede wszystkim był kierunek – mocny, nowoczesny pop, który nie boi się być popem i nie ma z tego powodu żadnych kompleksów.
Starsze utwory i nowy etap
W łódzkim koncercie spotkały się różne etapy muzycznej drogi Wieniawy. Były starsze utwory, które publiczność zna już od dłuższego czasu, ale pojawiły się również najnowsze propozycje pokazujące, w którą stronę artystka chce podążać teraz. I właśnie to zestawienie okazało się szczególnie ciekawe, bo pozwalało zobaczyć nie tylko zmieniający się repertuar, ale również zmianę samej Wieniawy.
Dzisiaj jest w niej więcej scenicznej pewności, większa świadomość tego, jak ma wyglądać i brzmieć koncert oraz więcej swobody w prowadzeniu publiczności. Nie jest to przy tym demonstracyjne pokazywanie: „patrzcie, jaka jestem pewna siebie”. Ta pewność wynika raczej z przekonania, że Wieniawa wie, jaki efekt chce osiągnąć. A kiedy już podejmuje decyzję, idzie w nią bez półśrodków.
Szczególnego znaczenia nabiera w tym kontekście najnowsze „27 (Do gwiazd!)”. Utwór pojawił się tuż przed łódzkim koncertem i bardzo dobrze opisuje moment, w którym znajduje się obecnie Wieniawa. 27 lat nie staje się tutaj okazją do wielkiego podsumowania i oglądania się za siebie. Wręcz przeciwnie – to komunikat: dopiero się zaczyna.
Ambicja nie jest ukrywana ani opakowywana w fałszywą skromność. Jest wypowiedziana wprost. Podobne wrażenie zostawiał koncert na Great September. Wieniawa nie wyglądała na artystkę, która nerwowo szuka dla siebie muzycznego miejsca. Wyglądała na artystkę, która już zdecydowała, dokąd chce iść.
Mocny pop i sceniczna pewność
W tym koncercie ważne było również samo brzmienie, bo dobry pop wcale nie musi być grzeczny. Tutaj było miejsce na mocniejszy beat, elektronikę, żywe brzmienie, wyrazisty wokal i aranżacje stworzone tak, żeby na scenie miały odpowiednią siłę. Kiedy trzeba było, robiło się bardziej przebojowo, a kiedy utwór potrzebował mocniejszego uderzenia – dostawał je.
Wieniawa nie próbowała przy tym chować się za produkcją. Była w centrum własnego koncertu i sprawiała wrażenie, że właśnie tam czuje się coraz swobodniej. Energia nie przykrywała muzyki, a sceniczne show nie funkcjonowało obok piosenek – poszczególne elementy składały się na jedną całość.
„Z premedytacją” może brzmieć przewrotnie, ale chyba właśnie to określenie pasuje tutaj najlepiej. W muzycznej Wieniawie coraz mniej wydaje się przypadkowe. Wie, jak chce wyglądać jej scena, jakiej energii oczekuje od koncertu i w którą stronę prowadzić swoje popowe brzmienie. I robi to z premedytacją – dobrą premedytacją.
Nie próbuje na siłę udowadniać, że jest rockową buntowniczką czy alternatywną wokalistką. Buduje własny popowy świat i coraz odważniej stawia w nim siebie w centrum. Można mieć wobec popu różne oczekiwania, ale jedno temu koncertowi trzeba oddać: był konkretny. Miał energię, charakter i pomysł.
Jedna sala, zupełnie różne muzyczne światy
Ciekawy jest również sam Teatr Club. Podczas Great September takie miejsca przestają być tylko adresami na festiwalowej mapie i zaczynają zbierać własne muzyczne historie. To tutaj podczas tegorocznej edycji słuchaliśmy także Igora Herbuta. Tamten koncert prowadził w stronę wyciszenia, refleksji i zatrzymania. Wieniawa wykorzystała tę samą przestrzeń kompletnie inaczej – było więcej popu, przebojowości i scenicznej pewności.
I znowu wracamy do tego, co w Great September jest chyba najciekawsze. Im więcej koncertów zostaje za nami, tym wyraźniej widać, że tego festiwalu nie da się opowiedzieć poprzez jednego artystę czy jeden muzyczny gatunek.
Herbut pozwolił się zatrzymać. Zalewski uruchomił rockową energię. Wieniawa pokazała pewny siebie, współczesny pop.
Każdy z tych koncertów działał na zupełnie innych zasadach. I właśnie dlatego przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi łódzkimi scenami potrafiło być tak ciekawe – nigdy do końca nie było wiadomo, jaka muzyczna historia czeka za następnymi drzwiami.
W przypadku Wieniawy czekało jedno z naszych pozytywnych zaskoczeń tegorocznej edycji. Nie dlatego, że ktokolwiek powinien być zaskoczony faktem, że Julia Wieniawa potrafi śpiewać. To byłoby zdecydowanie zbyt proste. Zaskoczyło przede wszystkim to, jak świadomie ten muzyczny świat jest już poukładany.
Jest kierunek, energia, coraz większa sceniczna pewność i pop, który nie przeprasza za to, że chce być efektowny, przebojowy i duży.
Miejsca też mają swoją muzyczną pamięć
Teatr Club zostawił nam jeszcze jedno szczególne skojarzenie. Kilka lat wcześniej, podczas Great September 2024, właśnie w tej sali jako MuzycznaPolska.pl słuchaliśmy Stanisława Soyki – artysty z zupełnie innego muzycznego świata i innego pokolenia. Wtedy był to po prostu jeden z tych koncertów, które zapisują się w pamięci. Dzisiaj wspomina się go już inaczej.
Rok później byliśmy również w Sopocie, kiedy podczas Top of the Top Festival dotarła wiadomość, że Stanisław Soyka odszedł – tego samego wieczoru, w którym miał ponownie stanąć przed festiwalową publicznością. Z dzisiejszej perspektywy tamten łódzki koncert nabiera więc zupełnie innego znaczenia.
I może właśnie dlatego powrót do tej samej sali przypomina, że festiwale to nie tylko program, godziny i kolejne nazwiska. To przede wszystkim spotkania, muzyka i chwile, których znaczenie czasami rozumiemy dopiero znacznie później.
Great September dopisał w tym miejscu kolejną historię. Tym razem należała do Julii Wieniawy.
A z Łodzi wciąż mamy jeszcze kilka muzycznych historii do opowiedzenia.































































































